09.03.’12



Mamy ten luksus, że obowiązki sami sobie wytyczamy. Jest nas w tej chwili tylko dwoje. My i malutki kot, który w zasadzie sam sobą się zajmuje. Od nas wymaga tylko napełnienia miski dwa razy dziennie czymś pysznym, czego nie ‚zakopie’, oraz w miarę regularnego czyszczenia kuwety. Śpi 23 godziny na dobę, myję się sam, zabawy choć czasem dziwaczne, wymyśla sobie sam. (Bo jak to kot może łapać robaczki przez szybę balkonową, czy czaić się na odpływa umywalki z nadzieją, że coś kiedyś z niego wyjdzie? )

On wychodzi przed 8:00 i bardzo często wraca przed 23:00, w międzyczasie zje może obiad lub śniadanie w domu. I tak do soboty. Niedziela to świętość, ale stety bądź niestety nie w religijnym znaczeniu. Jest zarezerwowana ‚samemu sobie’ – Play Station, pad, fifka, godzinne rozmowy z przyjacielem ‚na głośniku’ i jakieś piwo. Ze mną przez cały tydzień porozumiewa się jedynie przez telefon, smsy, emaile. Wieczorem nie mamy już siły ze sobą rozmawiać, nie mam nawet sił mu opowiedzieć kto mnie zaczepił, i że spodnie mi się na tyłku rozdarły. Ale nie, nie! On zawsze znajdzie siłe aby poględzić, powydzierać się, poczepiać się. Bardziej mnie męczy to diabelskie zrzedzenie, niż 12 godzin w pracy. Jak by nie mógł tej energii wykorzystać na coś bardziej pożytecznego, przytulenie, naprawdę deski sedesowej, nakarmienie kota. Reasumując – Jego jedyny obowiązek (w Jego mniemaniu) to praca od poniedziałku do soboty, wyrzucenie śmieci i co drugi dzień zakupy. Na tym Jego świat się kończy, nie ma potrzeby wyjścia poza swój urojony schemat, całe życie będzie tak stał w miejscu. Mieszka w zasadzie sam, tylko Jego zasady się liczą, tylko On jest zmęczony, i silnie zdziwiony jak ktoś inny w domu się odezwie, poruszy, powie Mu prawdę prosto w oczy, a najlepiej – gdyby była cisza! Zachowuje się jak by mieszkał sam w  wielkim zamczysku, i zdziwiony obserwował nawiedzanie zamczyska przez duchy. Tu coś się ruszy, tam coś świśnie, szepnie, spadnie …
Nie rozumiem Go, drażni mnie, nie dogaduję się z Nim zupełnie.
Jeśli więc ze sobą nie rozmawiamy, nie dyskutujemy, nic nie ustalamy, nie planujemy, nie opowiadamy, nie jemy, nie przeżywamy, nie żyjemy, tylko razem mieszkamy – to co dalej ?
Po co mi współlokator, który regularnie się mnie o coś czepia, męczy swoją gadaniną, nie słucha mnie, przelewa złości, zauważa tylko kiedy On na to ma ochotę, a normalnie ‚rozmawia’ tylko z kotem (!) ? Czuje wszystkimi porami skóry, że nie gramy już w tej samej drużynie.

Mamy tak nieskomplikowaną ‚budowę’, że bardzo łatwo się przywiązujemy, przyzwyczajamy. A jeśli bardziej od przerastającej nas samotności wolimy zrzędzącego ‚współlokatora’? Zamiast przytłaczającej ciszy, chcemy troszkę paplaniny gdzieś za ścianą? Po męczącym dniu w pracy, nic bardziej nie ucieszy jak gwarny, pełen ludzi dom? Bo na pewno nie ten pusty i ciemny.
O ile milej się robi, gdy upierdliwy ‚współlokator’ napełni wazę na owoce, kupi mleko do kakao i czekoladę na poprawienie humoru podczas choroby? Śmiecie już nie stoją pod drzwiami, w lodówce są zakupy, kot nakarmiony. Przymkniemy oko na męczące gadanie, ale nie będziemy tego wieczoru sami. Kiedy zaczyna się wygoda i przyzwyczajenie, a kończy uczucie? Jak długie i namiętne błędy niszczą uczucia? Ile musi się zdarzyć, by wygoda przegrała, z tym co najlepsze? A jeśli przyjdzie taki dzień, że nie będę chciała by o 23:00 zabrzęczały klucze w zamku?



  • Made by me.

  • Inspiration.