Poniższe zdjęcia są mojego autorstwa.

Moje „Warszawiaństwo” i wszelakie dziwne szaleństwa wzięły górę. Biegam z aparatem w ręku pstrykając sobie zdjęcia ‚z góry’ i wszystkiemu dookoła. Jak by tego było mało, systematycznie wrzucam to na portal społecznościowy. Ale nawet nie to jest najgorze. Ja przecież stara dupa jestem już! 
Śledzenie blogów, podążanie za wszystkim co modne, trendi, urocze i rozchwytywane przemawia do mnie wielkimi literami, że przecież już to kiedyś robiłam, tyle że w mniejszym stopniu, a w zasadzie w dobie nierozwiniętego internetu. I lubie te wszystkie szalone małe pierdoły.


Ł. ciężko pracuje. Pracuje na na, na dom, na naszą przyszłość. Mając riczi riczowską wypłątę jestem dumna z mojego mężczyzny, że jest tak ambiotny, pracowity, rozgarnięty, myślący. Siedzę cichutku, i mimo przeciwności staram się Go wspierać. Wyjechał na początku lipca na Pomorskie rozkręcać nowy oddział firmy. Tęsknotę potęgują wakacje, fruwające wszędzie motyle i biegające sarenki. Do diabła! My powinniśmy razem latać na pikniki, a nie …
Tak mi Go brakuje, że już zapomniałam o zepsutym gniazdku, i niedokręconej klamce w domu, które to obiecał mi, że naprawi. Śnię o wspólnych chwilach, wyprzedzam w snach zdarzenia. Tęskonota gumką-myszką wymazała nam trochę złości, a i pokazała bardzo dużo uczucia i miłości. Ta tęsknota jest bardzo zdrowa. Dała do myślenia, wyciszyła umysł i złe emocje. Pokazała najlepsze uczucia jakimi się darzymy. Teraz nawet idiotyczne kłótnie o pierdoły nie będą nam straszne.


Tydzień urlopu na Pomorskim u Ł. Mimo, że zapracowany pracuś miał wyjątkowo dużo służbowych zajęć, starał się poświęcać mi każdą wolną chwilę. Wspólne ranki, popołudnia i wieczory. Szczerze poczułam się kilka razy jak 4 lat temu. Ucieszeni sobą jak wariaty, mało rozmów, same przytulanki. Cieszę się każdą chwilą, uwieczniam na zdjęciach, bo już niedługo wracam do pustego Warszawskiego mieszkania. Tymczasem napijmy się pysznej mrożonej kawy z lodami waniliowymi …


Chwile spędzone z moimi ukochanymi rodzicami, to coś co chyba najbardziej mnie relaksuje. To już raczej tradycja, że w lipcy biorę kilka dni wolnego i wybywam sama do dziadków, na wieś, pod las. Tym razem zapakowałam kota w transporter, wsiadłam w autobus i ruszyłam, by nacieszyć się dziadkami, rodzicami, i moim wstrętnym bratem. ;)
Wspólne wyjazdy, spacery, zdjęcia, śmiechy, wspomnienia, wszystko to przypomina lata gdy byliśmy małymi smrodkami. Cała czwórka wygłupiająca się na łóżku, wieczorne wspólne żarty, rozmowy nocne z mamą o wszystkim. Nie zamieniłabym tych chwil na nic innego. Szczęścia dopełniał zupełny brak zasięgu, i wszystkie telefony schowane w szufladzie. Nawet ten służbowy!


W Warszawie mam wystarczająco dużo czasu na myślenie, gdy już głowa boli mnie zbyt mocno staram się planować sobie czas. Nie do końca mądrze i ekonomicznie. Na urodziny sprawiłam sobie blender, więc latam jak wściekła z koktajlami, mieszam co tylko znajdę w kuchni i nadaje się do mieszania. Dziwne, ale piję to tylko ja. Zakupy, odświeżenie balkonu, mieszkania, ścian, malowanie obrazów, czytanie książek, fotografowanie kota. Same duperele.


Ciesze się cholernie, że w tym średnio sprawiedliwym życiu mamy ten luksus, że przyjaciół i znajomych możemy sobie brzydko mówiąc – dobierać. Mam takie grono zaufanych koleżanek, czasem nam się wymsknie i ponazywamy siebie przyjaciółkami. Strasznie lubię spędzać z każdą z nich czas. Każda jest zupełnie inna, w różnym wieku, z innym charakterem, poczuciem humoru, priorytetami i przeszłością. A co najważniejsze, o czym żadna nie ma pojęcia, każda z nich inspiruje mnie w innej dziedzinie życia. I nawet przeokropnie nudny całonocny maraton „Zmierzchu” staje się ciekawy, gdy masz takie osoby przy sobie.

Lubię to swoje życie.